Tbilisi – nasz początek i koniec podróży… po Gruzji


Dlaczego przed wyjazdem warto zerknąć na mapę?

Przylatując do Gruzji planowałyśmy od razu dostać się  do Ubano (od razu czyli – wysiąść z samolotu, wsiąść do busa i jechać do naszego punktu docelowego). Jesteśmy wyjątkowo nieogarnięte i z mapą na bakier nie zanotowałyśmy faktu, że lądując w Kutaisi, mamy przed sobą jeszcze bardzo wiele kilometrów. Nie ogarnęłyśmy tego naszymi dwoma wielkimi umysłami, że żeby dostać się do Udabno mamy do przejechania prawie całą Gruzję – w naszym zmęczonym umyśle stała się naprawdę maleńkim krajem. Ja już nawet pominę ten szczegół, że Udabno jest wsią pośrodku stepu i nie kursuje tam właściwie nic i najlepiej dostać się tam Gareji Line – busem, który odjeżdża z Tbilisi raz dziennie o 11 rano. Skąd mogłyśmy to wiedzieć skoro wybrałyśmy się do Gruzji, bez żadnego adresu czy numeru telefonu do właścicieli Oasis Club z przekonaniem, że na pewno każdy w Gruzji wie gdzie leży nasza wioska… A fakt był taki, że jednak nie każdy na lotnisku w Kutaisi wiedział gdzie owa mieścina leży. Toteż z własnej niewiedzy pytając taksówkarza już na lotnisku ile kosztuje kurs do Udabno zrobił wielkie oczy, zaczął pokazywać jakieś wielkie odległości rękami i powiedział 100$ – my zaś oczy zrobiłyśmy jeszcze większe od niego i grzecznie podziękowałyśmy za transport. Pewnie odetchnął z ulgą, że nie musi nas przewozić przez prawie cały kraj i spędzić cały dzień w samochodzie w drodze tam i z powrotem. Tyle tylko z tego dobrego, że nie byłyśmy świadome wsiadając do busa do Tbilisi, że przed nami, zmęczonymi dziewczynami jest jeszcze prawie cztery godziny drogi do stolicy. Teraz już na szczęście wiemy. I tak, teraz już pamiętamy o tym, by mieć zawsze przy sobie adresy miejsc, w których śpimy, żeby wiedzieć jak dojechać z lotniska do centrum miasta i że aplikacja maps.me często się przydaje, ale bywa i tak, że bardzo oszukuje.

LRM_EXPORT_20171123_125806

I na całe szczęście zostałyśmy nieplanowane dwie noce w Tbilisi – bo nieplanowanie niczego najlepiej nam wychodzi. Historia powtórzyła się po dwóch miesiącach po pobycie w Udabno, kiedy to, do stolicy Gruzji przyjechałyśmy na dwie noce, a zostałyśmy cztery, bo nam się tak bardzo spodobało w Why Not? Tbilisi – Legend Hostel. Hostel prowadzony jest przez polaków, więc generalnie nasz pobyt w Gruzji, można uznać, że minął nam pod polskim akcentem. A Oasis Club, hostel Wino i Chleb, w którym spędziłyśmy noc odwiedzając Signaghi i Why Not? to nie jedyne polskie atrakcje jakie znalazłyśmy, jeszcze jedena z nich będzie poniżej.

Tbilisi nasze tam i z powrotem

Po przylocie z Polski i dostaniu się w końcu do centrum Tbilisi, chciałyśmy zostać w naszym pierwszym hostelu za 12 larów za dobę – Hostel 91 tylko jedną noc i w następny dzień jechać wspomnianą Gareji Line do Udabno, ale jak to z nami bywa… Zaspałyśmy na tą 11 i musiałyśmy zostać w hostelu jeszcze jedną noc. Jednak to prawda, że głupi ma zawsze szczęście, a nasze nieogarnięcie wyszło nam tylko na dobre. W naszym doormie poznałyśmy dwóch Egipcjan, którzy zaproponowali nam wspólne zwiedzanie miasta. Jeden z nich jest przewodnikiem po Egipcie, a drugi pracuje w tamtejszej restauracji. I od jednego i drugiego dostałyśmy zaproszenia na wakacje do Egiptu. Czy skorzystamy? Przez najbliższy rok na pewno nie… Głupi ma zawsze szczęście, niechcący załapałyśmy się na spacer po najciekawszych miejscach w Tbilisi z historycznymi opowieściami w tle. Niefart opowieści polega jednak na tym, że większość z opowiedzianych nam historii uleciały już nam z pamięci.

LRM_EXPORT_20171123_125915.jpg
Sobór Trójcy Świętej – zastanawiałyśmy się jak bardzo stary jest to budynek, że pięknie odnowiony, ale nasz Egipcjanki przewodnik tylko zaśmiał się pod nosem i powiedział, że katedrę otwarto w 2004 roku i jest jedną z największych świątyń prawosławnych na świecie.

Historia lubi zataczać koło. I zatoczyła, kiedy po dwóch miesiącach znowu trafiłyśmy do tego samego miejsca, przechadzając się często tymi samymi ścieżkami, a nawet więcej w te znajome ścieżki zagłębiałyśmy się jeszcze dalej. Wytyczałyśmy nowe szlaki, szukałyśmy kolejnych małych, urokliwych uliczek i rozglądałyśmy się wieczorami za widokami rozświetlonego Tbilisi. Mimo, że cała Gruzja jest ogólnie głośnym miejscem, gdzie klaksonu samochodowego używa się częściej niż kierunkowskazu, to starałyśmy się po zachodzie słońca szukać tak wysoko położonych miejsc, by miejski hałas do nas nie docierał. Aczkolwiek kiedy po raz pierwszy trafiłyśmy do Tbilisi była jeszcze piękna pogoda i zdążyłyśmy poznać dużo ciekawych zakamarków podczas tego naszego jednego w pełni wolnego dnia i obejść wielką część miasta na własnych nogach Podczas naszej drugiej podróży do Tbilisi, pogoda była już bardziej ponura i jesienna. Tak jak podczas naszego wcześniejszego pobytu gotowałyśmy się od słońca, tak w listopadzie wieczorami już lekko marzliśmy zwiedzając Tbilisi po zmroku, ale za to widoki na to genialnie oświetlone miasto były niesamowite.

Tbilisi podobało nam się zarówno w dzień jak i w nocy. Pełne jest zaplątanych uliczek, po których można się błąkać bez celu godzinami, jeśli ktoś lubi się błąkać – my akurat chodzić bez celu uwielbiamy, bo lepiej szwędać się bez celu niż zaliczać zabytek za zabytkiem z wywieszonym językiem.

LRM_EXPORT_20171123_123836.jpg

Zwiedziłyśmy oczywiście też to czego nie udało nam się zobaczyć za pierwszym razem. Byłyśmy na Suchym Moście, taki numer jeden co trzeba koniecznie zobaczyć w stolicy. Suchy Most to nic innego jak największe targowisko staroci i nie tylko, jakie kiedykolwiek widziałam. Człowiek dostaje oczopląsu od wszystkiego co tam może zobaczyć. A jest tam dosłownie wszystko… nie pytajcie czego tam nie ma. Tam jest wszystko! Od kartek pocztowych, przyrządów chirurgicznych, dentystycznych, pierdółek wszelakich, prawdziwych antyków i przeróżnych staroci, części wymiennych do różnych urządzeń, po meble, sprzęty grające, rękodzieło, obrazy i ubrania oraz rogi do picia. Nie ma tam chyba rzeczy, której tam by nie było. Zeszło nam na oglądanie parę dobrych godzin.

Całkiem niechcący też, wieczorową porą odwiedziłyśmy Tbiliskie morze, bo akurat nam tak się wspomniało podczas obiadu u Asi znajomych, że jeszcze tylko tego miejsca nie widziałyśmy. To nas tam zawieźli, bo akurat było po drodze, żeby odwieźć nas z powrotem do Why Not? Tbilisi – Legend Hostel. Tak oto dziwnym trafem w naszą pożegnalną noc zobaczyłyśmy ostatnie miejsce jakie było na naszej liście, tego co chcemy zobaczyć w Tbilisi. I udało nam się nawet zamoczyć po jednym palcu każdej ręki w tej wodzie i radośnie w podskokach wróciłyśmy do samochodu, by pakować się w dalszą podróż do kolejnego kraju. Byłyśmy całkowicie ukontentowane, że ze stolicy Gruzji widziałyśmy wszystko i możemy z lekkim sercem wyruszyć w dalszą drogę.

LRM_EXPORT_20171114_135046.jpg

Nasze kilka ostatnich dni w Tbilisi minęło nam na bezstresowym spacerowaniu po ulicach miasta. Mogliśmy poczuć się jak turyści – wreszcie? na szczęście? nie wiadomo w sumie czy dobrze? W każdym bądź razie, czułyśmy się trochę inaczej niż w Udabno, gdzie już prawie każdy we wsi traktował nas jak swoich. Nawet w przypływie lekkiej tęsknoty za dobrodziejstwami jakie skrywa wielkie miasto, postanowiłyśmy udać się do teatru. Niestety na sztukę po rosyjsku (ależ oczywiście, że po dwóch miesiącach w Gruzji nie władamy tym językiem perfekcyjnie, ale zachciało nam się do teatru, więc co poradzić?) nie było już biletów, więc wybrałyśmy opcję dla nas najbardziej idealną. Wybrałyśmy się do teatru pantominy na sztukę pod tytułem Lullaby – oj podobała nam się, oj brakowało nam wielkiego miasta – czytaj to jako – brakowało nam w Udabno teatru.

Pyry z gzikiem po raz drugi w Gruzji? Da się. Po raz pierwszy tą poznańską potrawę przygotowałyśmy dla naszych kucharek w Udabno, po raz drugi jadłyśmy ją w barze w Tbilisi. Bar ma znajomą nazwę. Nazywa się Warszawa – jest prowadzony przez polkę i można w nim zjeść prawdziwie polskie potrawy. Prócz wymienionego wyżej gziku serwują tatara (Aśka mówiła, że pyszny, ja wegetarianka, więc nie próbowałam), śledzia w oleju, zimne nóżki (galareta) i serdelek, a alkohole – typowo gruzińskie. Bar jest mały, ale o przyjemnym klimacie.

20171110_194720

A jeśli już o miejscach z przyjemnym klimatem mowa… Warto zobaczyć, warto tam zjeść, warto załapać się tam na film lub koncert. Restauracja Cafe Theatre. Na jednej ze ścian restauracji zawsze puszczane są stare nieme filmy z Charlie Chaplinem, nie da się tam tak po prostu czegoś zjeść i wyjść. Za każdym razem zasiadałyśmy tam na długo. Za pierwszym razem udało nam się trafić na koncert jazzowy, za drugim na filmy, a że Chaplina uwielbiamy – przyjemności było wiele, i dla oczu i dla żołądka, bo jedzenie serwują również przepyszne.

Tbilisi było tak na dobrą sprawę pierwszym miejscem, w którym zatrzymałyśmy się zaczynając naszą podróż dookoła świat. Pewnie jeszcze na długo zostawi po sobie ciepłe wspomnienia. My życzymy sobie, by każdy kolejny odwiedzany przez nas kraj, był dla nas równie łaskawy i wyrozumiały jak Gruzja.

Magda.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s